


Wejście na Toubkal – relacja z trekkingu
1. Wyprawa na Toubkal – przygotowania i początek trekkingu
Podnoszę plecak i dochodzę do wniosku, że kompromis się opłacił – na dwudniowy trekking na Toubkal postanowiłem zabrać wyłącznie niezbędne rzeczy i finalnie zrezygnowałem z raczków, dodatkowej butelki wody i drugiej pary butów. Nie mam co prawda wątpliwości, że w Equilibrium, których używam na zimowych wycieczkach w Tatrach, będzie mi przez większość drogi zbyt ciepło, a wysoka temperatura wymusi na mnie częste nawadnianie, ale kluczowe wydawało mi się to, by nie dźwigać ze sobą dodatkowych kilogramów.
Pokój opuszczamy przed 8.00. Za niespełna godzinę ma przyjść po nas przewodnik, a chcemy w spokoju zjeść śniadanie i napić się kawy. Posiłek pojawia się na stołach pół godziny później, ale spóźnia się także Abdul – chłopak, który zgodnie z wymogami będzie towarzyszył nam w drodze na szczyt. Po krótkim przeglądzie naszego wyposażenia i wypytaniu o to, co kryje się w zakamarkach plecaków, stwierdza, że mamy wszystko, co trzeba i możemy ruszać do doliny Mizane.
1.1. Niezbędny sprzęt w górach Atlasu: Czekan, kask i raki?
Jestem tym mile zaskoczony, ponieważ dzień wcześniej właściciel riadu przekonywał nas, że oprócz raków, które przywieźliśmy z Polski (Klaudiusz zabrał raczki i chociaż Abdul je zaakceptował i obyło się bez przygód, uważam, że nie był to najlepszy pomysł), będziemy potrzebować także czekanów i kasków i powinniśmy je wypożyczyć w którejś z miejscowych wypożyczalni. Wydało mi się to co prawda podejrzane, ponieważ na licznych zdjęciach z Toubkala mało kto paradował w kasku, ale nie miałem pewności, jakie warunki są aktualnie na szczycie (początek maja). Na szczęście nasz przewodnik rozwiewa wszystkie nasze wątpliwości i szybko przeprowadza nas przez Imlil, kierując się w stronę wodospadów na Oued Rheraya.
1.2. Początek wędrówki na Toubkal
W odróżnieniu od wielu towarzyszących nam na ścieżce turystów, nie idziemy jednak oglądać ich z bliska. Abdul decyduje, że na zwiedzanie wodospadów będziemy mieć czas w drodze powrotnej i skręca na stromą dróżkę prowadzącą do Aroumd. Podejście okazuje się dobrą rozgrzewką i sprawdzianem dla naszej kondycji. Młody Marokańczyk nie narzuca morderczego tempa, ale idzie na tyle sprawnie, że po kilku minutach musimy czekać na zamykających peleton kolegów.
Ci ostatecznie dochodzą do wniosku, że trzeba się nieco spiąć i wkrótce w zwartej grupie pokonujemy ostatnie metry pierwszego solidnego podejścia. Sprawnie mijamy Aroumd i labirynt ścieżek prowadzący z miasteczka w stronę szlaku na Toubkal (większość grup idzie szeroką drogą po prawej stronie czegoś, co wygląda jak wyschnięte koryto rzeki, my korzystamy ze skrótów prowadzących pomiędzy płynącymi nim strumyczkami).
1.3. Park Narodowy Toubkal – obowiązkowy przewodnik
Wchodzimy na szlak prowadzący w głąb doliny Mizane i kilkanaście minut później docieramy do tablicy informującej, że wkraczamy na teren Parku Narodowego Toubkal. Niegdyś był on synonimem turystycznej ziemi obiecanej – można się tu było nie tylko swobodnie poruszać, ale i biwakować w wybranym przez siebie miejscu. Wszystko zmieniło się, gdy w nocy z 17 na 18 grudnia 2018 r. kilku fundamentalistów powiązanych z ISIS zamordowało śpiące w pobliżu szczytu dwie turystki ze Skandynawii. Rząd Maroka zareagował natychmiast – morderców schwytano i skazano na karę śmierci (ostatecznie zamienioną na dożywocie) i wprowadzono obowiązek wędrówki na Toubkal w towarzystwie przewodnika, mającego dbać o bezpieczeństwo podopiecznych.
Tu drobna dygresja. Pamiętam, gdy po zamachach terrorystycznych w Egipcie w 2004 i 2005, odwiedziłem kraj faraonów i podczas wycieczki z Hurghady do Gizy, do naszego autokaru wszedł wyposażony w krótki karabinek (nie do końca skutecznie ukryty pod marynarką) pracownik Egipskiej Policji Turystycznej. Co prawda nie zapewniło mi to zupełnego komfortu psychicznego, miałem jednak świadomość, że jeśli dojdzie do ataku na autokar, jest ktoś, kto będzie próbował odstraszyć napastników.
1.4. Przewodnik na Toubkal a kwestie bezpieczeństwa
Przypominam sobie tę sytuację, patrząc na Abdula. Eufemistycznie mówiąc, nie należy on do osób przesadnie mocno zbudowanych i mogących odstraszyć wyglądem. A ponieważ zdecydowana większość przewodników prowadzących inne grupy wygląda podobnie (oczywiście żaden z nich nie jest uzbrojony), dochodzę do wniosku, że ktoś urządził tu sobie niezłą szopkę – od kilku lat na szczyt nie można iść bez przewodnika ze względów bezpieczeństwa, ale przewodnik nie jest w stanie w żaden sposób o to bezpieczeństwo zadbać. Klasyka…
Trzeba jednak przyznać, że nasz opiekun robi co może, żebyśmy nie mieli poczucia, że płacąc za jego usługi, wyrzuciliśmy pieniądze w błoto. Chętnie odpowiada na wszystkie pytania, lustruje okiem fachowca naszą kondycję fizyczną i psychiczną, wybiera doskonałe miejsca na odpoczynek, a nawet sam wyciska sok z pomarańczy podczas jednego z postojów
Ogarnia też kwestię związaną z kontrolą paszportową przy budynku straży, który wyłonia się przy szlaku po wejściu na teren parku. I tu szybkie wyjaśnienie – nie ma wprawdzie problemu z przejściem koło stróżówki bez przewodnika, ale przewodnicy zwracają na szlaku uwagę na osoby, które idą samopas. Anonsują też swoich podopiecznych w schronisku, co może być kolejnym problemem dla osób, które chciałyby obejść przepisy i wejść na najwyższy szczyt Atlasu na dziko.
1.3. Transport bagaży na Toubkal: Muły na szlaku w dolinie Mizane
Za budynkiem straży szlak staje się wyraźnie łagodniejszy. Przyjemną wędrówkę zakłócają jedynie schodzące ze szczytu muły. Zgodnie z panującym zwyczajem, podczas mijanki schodzimy ze ścieżki w stronę stoku (tu należą się kolejne słowa uznania dla przewodników, ponieważ wszyscy pilnują, by ich klienci uciekali we właściwą stronę), co jest o tyle zasadne, że obładowane zwierzęta mogą przez przypadek zahaczyć kogoś niesionym bagażem. Mijamy również dwie osoby zjeżdżające na dół i chcę wierzyć, że korzystają one z podwózki z powodu urazu, a nie własnej fanaberii.
Chcę wierzyć, choć nie mam wątpliwości, że skretynienie, które przebojem wdarło się na szlaki turystyczne, dotarło również w góry Atlasu. Transport bagaży mułami do i ze schroniska w dolinie Mizane znajduje się obecnie w ofercie każdego biura organizującego wycieczki na Toubkal i nie ma też większego problemu, by skorzystać z opcji dojechania pod szczyt na grzbiecie zwierzęcia. Na nieszczęście osób korzystających z pomocy zwierząt jest coraz więcej i choć zapewne nie zdają one sobie z tego sprawy, kwestią ich sumienia nie jest wyłącznie tzw. styl wejścia – obecnie na szlaku pracuje kilkukrotnie więcej mułów, niż musiałoby to robić, gdyby zatrudnione były wyłącznie do zaopatrywania schronisk (bo trudno wymagać, żeby w tym rejonie pojawili się odpowiednicy słowackich nosiczy). Dla każdego powinno być oczywiste, jak szybko przestają się one do tego nadawać i co się później z nimi dzieje.
2. Droga do schroniska i aklimatyzacja
2.1. Przerwa w Sidi Chamharouch i mozolne podejście
Pochmurne myśli rozwiewa wyłaniająca się za zakrętem malownicza berberyjska osada. To Sidi Chamharouch – miejsce odpoczynku dla turystów i cel pielgrzymek muzułmanów, którzy wierzą, że odwiedziny tutejszego sanktuarium zapewnią im zdrowie i błogosławieństwo. Zatrzymujemy się w jednej z restauracyjek i przy świeżo wyciskanym soku pomarańczowym podziwiamy coraz ciekawsze widoki. Wkrótce nasz wzrok pada na wzgórze, którym przebiega dalsza część podejścia na Toubkal.
Szybko zdajemy sobie sprawę, że spacer właśnie dobiegł końca – kąt nachylenia stoku jest duży, a kolejne, mozolnie pnące się po nim osoby przekonują nas, że wędrówka nie należy do przyjemnych. Gdy kilkanaście minut później ruszamy ich śladem, staje się oczywiste, że w drodze powrotnej będziemy musieli zachować tu szczególną uwagę – mieszanka szutru i niepowiązanych z gruntem kamieni uprzykrza nam podchodzenie, ale będzie dużo bardziej zdradliwa, gdy będziemy schodzić nią zmęczeni po zdobyciu szczytu.
Po pokonaniu stromizny wchodzimy na szeroką, wygodną ścieżkę prowadzącą w wyższe piętro doliny. Regenerujemy siły przy ostatnim na szlaku budyneczku serwującym napoje (jest ich kilka, więc nie trzeba się martwić, że po drodze zabraknie nam wody) i ruszamy w kierunku nieodległych już schronisk.
2.2. Schronisko CAF: Warunki noclegowe
Krajobraz ulega zmianie – wchodzimy w strefę, w której zalega jeszcze śnieg. Szlak jest na tyle dobrze przetarty, że nie ma potrzeby zakładania raków, ale nie mamy wątpliwości, że na stromym podejściu prowadzącym na szczyt będą one konieczne. Wkrótce dostrzegamy budynki schronisk Les Muflons i CAF i po pokonaniu ostatniego tego dnia odcinka, stajemy przed drzwiami drugiego z nich.
Na schronisko CAF, należące do Francuskiego Klubu Alpejskiego, zadecydowaliśmy się głównie ze względu na opinie w internecie. Te sugerowały, że panują w nim lepsze warunki niż w drugim budynku. Co prawda syn Klaudiusza, który nocował tu latem zeszłego roku, namawiał nas, żebyśmy wybrali wyższe prycze (w schronisku są dwupiętrowe łóżka), ponieważ na tych na dole latem szalały pluskwy, ale i tak wszystko wskazywało na to, że lepiej nie przekonywać się na własnej skórze, jak wygląda pobyt w Les Muflons.
Zostajemy dość szybko zakwaterowani w pokoju na piętrze, a pozostałą część dnia postanawiamy przeznaczyć na szwendanie się przy schronisku i zaglądanie w różne jego zakamarki. W świetlico-jadalni spostrzegamy, że dalibyśmy radę przetrwać bez power banków – jest tu sporo gniazdek i można w nich bez problemu naładować urządzenia elektroniczne. Uzupełniamy zapasy wody mineralnej (20 MAD za butelkę 1,5 l), kofeiny (10 MAD) i kalorii (Abdul, podobnie jak pozostali przewodnicy, przynosi nam coś w rodzaju powitalnego poczęstunku, na który składają się ciastka i berberyjska herbata, ale sięgamy również po własne liofilizaty)
2.3. Przygotowania do ataku szczytowego
Podczas kolacji staje się oczywiste, że nie warto było płacić za nią 10 euro. Wydawanie posiłku ciągnie się bez końca, a porcje zaserwowanej zupy i tadżina z kurczakiem są tak małe, że nie najadłoby się nimi małe dziecko. W trakcie oczekiwania na jedzenie ustalamy z Abdulem, że wstaniemy przed trzecią, tak żebyśmy mogli szybko zjeść śniadanie i opuścić schronisko koło 3.30. W założeniu ma nam to dać spory komfort w wędrówce na szczyt, ponieważ wschód słońca ma być po 8.00. Zwrot „ma być” jest tu kluczem – nikt z nas nie wpada na pomysł, żeby sprawdzić naszego opiekuna, a jemu myli się 8.00 z 7.00. W rezultacie już wieczorem popełniamy błąd, przez który nie będzie nam dane zobaczyć doskonałego spektaklu natury.
Po kolacji uderza mnie niesamowita scena – w kłębach harmidru, emocji i buzującego testosteronu jakiś młody Arab rozkłada w kąciku matę i zaczyna zmawiać modlitwę. Religijność tak bardzo nie pasuje do tła, na którym przesuwają się zobojętniali Europejczycy, że odnoszę wrażenie, że patrzę na płótno z obrazem jakiegoś surrealisty. I zaczynam szczerze podziwiać tego skromnego muzułmanina (choć nie ukrywam, że z przyzwyczajenia zerkam nerwowo, czy nie leży koło niego jakaś tykająca bomba).
3. Atak szczytowy na Dżabal Tubkal (4167 m n.p.m.)
3.1. Wczesna pobudka
Dość szybko kładziemy się spać, ponieważ czeka nas bardzo wczesna pobudka. Rano zderzamy się z tłumem w jadalni. Większość ekip zamówiła śniadanie na 3.00, ale część (tych rozsądnych) zaanonsowała się na 2.45 i to oni dostają teraz posiłek w pierwszej kolejności. Pomimo tego, że cudem udaje nam się znaleźć miejsca przy stole, musimy niestety odczekać swoje. Śniadanie jest jeszcze gorsze niż kolacja, co ostatecznie przekonuje nas, że zdecydowanie najlepszym pomysłem jest pójście na Toubkal ze swoim prowiantem – przewodnicy kręcą się przy swoich klientach w jadalni, a wrzątek wydawany jest bezpłatnie, dlatego nie ma najmniejszego problemu ze zjedzeniem pożywnego liofilizatu.
Po śniadaniu Abdul sprawdza stan naszego wyposażenia, pomaga założyć raki dwóm mniej obytym z nimi kolegom i gdy dochodzi do wniosku, że wszystko jest już w porządku, ruszamy na szczyt. Przetorowana w śniegu ścieżka jest początkowo na tyle wąska, że musimy iść gęsiego za osobami, które ruszyły na szlak przed nami, ale wkrótce pojawiają się miejsca, w których możemy mijać największych maruderów. Idziemy spokojnym tempem, ale żaden z nas nie próbuje przyspieszać, ponieważ nie wiemy, jak zareagują na to nasze ciała na wysokości zbliżającej się do 4000 metrów.
3.2 Walka z chorobą wysokościową
Z czasem okazuje się, że z tyłu zostaje jeden z kolegów. Ponieważ wiem, że jego strategia „idę po swojemu” jest najgorszym, co może zrobić (czekając, aż do nas dojdzie, odpoczywamy, podczas gdy on, będąc najsłabszym z grupy, nie ma nawet chwili na złapanie oddechu), każę mu iść przede mną i od tego momentu, gdy dostrzegam, że mocno słabnie, zarządzam przerwę. Strategia okazuje się strzałem w dziesiątkę, ponieważ tak jak przewidywałem, kilkudziesięciosekundowe przerwy powodują, że uspokaja się jego tętno i jest w stanie, mniej się męcząc, podchodzić z dużo większą niż wcześniej prędkością.
Przed przełęczą, z której prowadzi już prosta droga na szczyt, niespodziewanie zatrzymuje się drugi z kompanów i zaczyna podpytywać, jakie są objawy choroby wysokościowej. Mówi, że nagle stracił oddech, zaczęła go mocno boleć głowa i poczuł, że zupełnie opuszczają go siły. Wiemy, że musimy się zatrzymać, bo sytuacja jest poważna. Radzimy, żeby usiadł, ale nie chce tego robić i twierdzi, że chyba mu przechodzi. Gdy po pewnym czasie ruszamy dalej, obserwuję jego kroki, ale ponieważ nie dostrzegam niczego niepokojącego, powoli idziemy naprzód. Po kwadransie i kilku krótkich przerwach na złapanie oddechu docieramy na przełęcz, gdzie okazuje się, że kolega doszedł już zupełnie do siebie.
3.3. Zdobycie szczytu i niesamowite widoki
Na przełęczy zauważamy, że nie zdążymy na wschód słońca. Gdy Abdul w końcu przyznaje się do pomyłki, z jednej strony schodzi z nas presja czasu, a z drugiej pojawia się gorycz – mieliśmy wystarczająco dużo sił, żeby spokojnie sie wyrobić, ale to zdecydowanie zbyt późne wyjście ze schroniska na starcie pozbawiło nas możliwości realizacji jednego z naszych celów. Pogodzeni z tą drobną porażką powoli ruszamy w stronę szczytu i kilkanaście minut później meldujemy się przy charakterystycznym trójnogu.
Ponieważ słońce wciąż odgrywa swój spektakl i malowniczo oświetla szczyty na północy, skupiamy się na łapaniu najlepszych kadrów. Na szczęście nikt z nas nie musi skupiać się na łapaniu oddechu – poza krótkim atakiem na Klaudiusza, wysokość potraktowała nas bardzo łagodnie. Możemy dzięki temu cieszyć się niezapomnianymi chwilami na wierzchołku i w spokoju skupić się na uzupełnianiu płynów i kalorii.
4. Zejście z Toubkala i powrót do Imlil
4.1. Droga w dół do schroniska i pierwsze przeszkody
Po kilkudziesięciu minutach nasz przewodnik oznajmia, że musimy powoli schodzić. Robimy pamiątkowe zdjęcie przy symbolu Toubkala i powoli ruszamy w dół. Abdul instruuje mnie, żebym szedł przodem, bo musi z kimś zamienić słowo i obiecuje, że za chwilę nas dogoni. Rezygnuję z jego planu schodzenia granią – kamienisty, w większości pozbawiony śniegu teren był nieprzyjemny podczas podejścia, więc nie mam wątpliwości, że w kierunku przeciwnym będzie na nim zdecydowanie gorzej. Zamiast tego wybieram ścieżkę wijącą się po stoku na prawo od grani. Zauważyłem, że podchodziło nią kilka osób i szybki rzut oka na podłoże pozwolił mi nabrać pewności, że to zdecydowanie lepsza opcja.
Uzbrojone w raki buty doskonale radzą sobie na lekkim piargu. Kolce wchodzą w podłoże jak w masło, dzięki czemu nie trzeba się martwić wykręceniem stopy i można zasuwać na dół. Tym razem nie stresuję się, czy tempo marszu jest odpowiednie, ponieważ przewodnik idzie na końcu stawki i ma na oku całą grupę. Szybko mijam wysokość przełęczy i wchodzę na wijącą się w śniegu ścieżkę. Oglądam się za siebie, a gdy widzę idącego w bliskiej odległości Grzegorza i Abdula pilnującego naszych trzech kompanów, postanawiam kontynuować sprawny marsz.
4.2. W stronę Imlil
Ten okazuje się nadzwyczaj skuteczny, ponieważ przed schroniskiem stajemy z Grześkiem niespełna godzinę po opuszczeniu szczytu. Kilkanaście minut później dochodzi też do nas reszta chłopaków. Okazuje się, że ich opóźnienie wynika z tego, że musieli pomagać turystce, która poślizgnęła się na śniegu i doznała groźnie wyglądającego, ale na szczęście pozbawionego nieprzyjemnych konsekwencji upadku.
Zabieramy rzeczy zostawione rano w schronisku (jest taka możliwość, dzięki czemu na szczyt można iść na lekko), chwilę odpoczywamy i powoli ruszamy w drogę powrotną do Imlil. Abdul prosi, żebyśmy szli przodem, bo chce poczekać na swojego przyjaciela i prowadzoną przez niego grupę i ponownie, jak wcześniej, planuje dogonić nas po drodze. Nie forsujemy tempa, ale gdy w pewnym momencie odwracamy się z Grześkiem za siebie, zauważamy, że pozostali koledzy postanowili odpocząć w tym samym guesthousie, w którym siedzieliśmy, idąc na szczyt. Ponieważ nie chce nam się do nich wracać, postanawiamy iść dalej i poczekać na nich w Sidi Chamharouch.
4.3. Zdradliwy odcinek do Sidi Chamharouch
Nad osadą dostrzegamy starszą turystkę, która ma wyraźny problem ze schodzeniem. Niepewny krok i częste przysiadanie na kamieniach nie pozostawiają wątpliwości co do stanu jej nóg. Gdy ją mijamy, podpytuję, czy nie potrzebuje pomocy; odpowiada, że poradzi sobie sama i nie musimy się martwić, ponieważ z tyłu został przewodnik jej grupy. Nie chce wziąć też ode mnie kijków (niosę je przytroczone do plecaka, ale nie używam). Tłumaczę jej, że dochodzi do najbardziej stromego miejsca na trasie i z kijkami będzie jej łatwiej je bezpiecznie pokonać, ale jak się później okazuje, myli Sidi Chamharouch i Aroumd i gdy mówimy jej, że będziemy w Sidi czekać na idących w tyle kolegów, więc będzie mogła bez problemu zwrócić mi kije, wydaje jej się, że na pewno się tam rozminiemy. Żegnamy się, prosząc, żeby na siebie uważała, i kierujemy się w stronę osady.
Zejście nad Sidi nie należy do przyjemnych i bezpiecznych. Na naszych oczach przewraca się idący przed nami przewodnik i choć jego upadek okazuje się niegroźny, nie mam wątpliwości, że stanowi bolesny test każdego, komu odmawiają posłuszeństwa zmęczone dwudniowym trekkingiem nogi. Nam udaje się pokonać ten odcinek bez żadnych przygód i wkrótce rozsiadamy się w przytulnej restauracyjce, w której Abdul serwował nam sok w drodze na szczyt. Po kilkunastu minutach dochodzą do nas nasi koledzy, a gdy pytam, gdzie jest przewodnik i co go zatrzymało, odpowiadają zgodnie – młodość.
4.4. Powrót do Aroumd
Dowiadujemy się z Grzegorzem, że Abdul został w tyle z kolegą, który prowadził na szczyt dwie dziewczyny z Francji i natychmiast dochodzimy do wniosku, że chłopak jest w pełni usprawiedliwiony, bo niezależnie od urody Francuzki to Francuzki. Wymieniamy się spostrzeżeniami na temat naszych umiejętności kojarzących się z tym pięknym krajem i z szerokimi uśmiechami przechylamy szklanki ze świeżo wyciśniętym sokiem pomarańczowym. Tak, tak, pewne tematy nie nudzą się niezależnie od wieku i poziomu zmęczenia. 🙂
Powrót do Aroumd to już czysta przyjemność. Choć na szlaku zdarzają się miejsca nieco bardziej strome i od czasu do czasu pojawiają się kamienie, nie ma tu już miejsc wymagających dużej ostrożności i skupienia uwagi. Ostatnie metry przed osadą to wypatrywanie przewodnika (który znowu znika nam gdzieś z oczu) i oglądanie za plecy, gdzie majestatycznie pręży się szczyt, na którym staliśmy o poranku.
4.5. Wodospady na Oued Rheraya
W Aroumd schodzimy z wygodnej drogi i zgodnie z wczorajszą zapowiedzią Abdula schodzimy nad stanowiące lokalną atrakcję turystyczną wodospady Oued Rheraya. Szybko zdaję sobie sprawę, że jest to fatalny pomysł. Wysokie i wyślizgane kamienne schody byłyby niebezpieczne nawet dla osób wypoczętych, dla nas są prawdziwym testem dla zmęczonych mięśni i stawów. Robert, którego od kilku godzin pobolewa pachwina, cierpi niemiłosiernie i z każdym krokiem jego humor coraz bardziej słabnie.
W końcu jednak udaje nam się zejśc nad potok i zrobić kilka pamiątkowych zdjęć. Kilka, bo atrakcja skierowana do masowego turysty rządzi się innymi prawami, niż szlak wysokogórski. Tam nikt nas nie nagabywał, tutaj nie możemy się opędzić od sprzedawów próbujących wcisnąć nam różnej maści tandetę.
Po kilku minutach uciekamy spod kaskad i spokojnym krokiem kierujemy się do Imlil. W miasteczku żegnamy się z Abdulem, wręczamy mu napiwek, podpytujemy o szlak na Aourirt n’Ouassif (wiemy już z Grześkiem, że wybierzemy się na niego nazajutrz) i ruszamy do naszego riadu. Zmęczenie ustępuje satysfakcji, wraca dobry humor i pojawiają się plany na zagospodarowanie najbliższych godzin.
Czas na Twoją wyprawę! ⛰️ Ta relacja pokazała Ci, czego spodziewać się na szlaku, teraz pora na logistykę. Aby ułatwić Ci planowanie wyjazdu, zebrałem wszystkie najważniejsze, techniczne informacje w jednym miejscu. Kliknij i sprawdź, jak to zorganizować: [Poradnik: Jak wejść na Toubkal krok po kroku]
A jeśli zastanawiasz się na jaki jeszcze szczyt mógłbyś się wybrać z Imlil [zobacz opis wycieczki na Tassgimount] oraz [Aourirt n’Ouassif]
Dziękuję, że dotarłeś do końca tej opowieści. Mam nadzieję, że ten tekst będzie dla Ciebie inspiracją do zaplanowania kolejnej wędrówki i ruszenia na szlak.
Jeśli jednym z Twoich górskich celów na najbliższy czas są również Tatry Słowackie, nie musisz tracić godzin na żmudne planowanie. W moim e-booku „Wędrówki po Tatrach – Najpiękniejsze szlaki Tatr Słowackich” zebrałem wszystko, co najważniejsze, by bezpiecznie ruszyć w drogę: mapy, profile wysokości, porady praktyczne i prowadzące krok po kroku opisy tras.
Chcesz zobaczyć, jak to wygląda w praktyce? Na stronie poniżej sprawdzisz szczegóły i pobierzesz darmowy fragment przewodnika:
https://2wierchy.pl/przewodnik-tatry-slowackie
A w podziękowaniu za czas spędzony na moim blogu mam dla Ciebie prezent. Jeśli zdecydujesz się na pełną wersję, kod CZYTELNIK obniży cenę e-booka o 10 zł. https://www.naffy.io/2wierchy/przewodnik-tatry-slowackie




































































