


Aourirt n’Ouassif
Poranek w Imlil
Poranek po zejściu z Toubkala rozpoczyna się od pobudki przez jakieś ptaszysko, które z impetem atakuje nasze zasłonięte okno balkonowe. Klaudiusz rozsuwa kotarę, żeby ptak się nie okaleczył, co oznacza dla nas koniec marzeń o drzemce – słońce bezlitośnie świeci nam w twarze i nie ma mowy o ucieczce przed jego promieniami.
Ponieważ z grubsza spakowaliśmy się wieczorem, mamy jeszcze sporo czasu do śniadania, ale postanawiamy jak najszybciej rozwiązać palącą kwestię logistyczną. Zgodnie z planem Klaudiusz, Robert i Tomek wracają po śniadaniu do Marrakeszu, ale my z Grzegorzem chcemy iść na jeszcze jeden szczyt – dumnie wznoszący się nad Imlil Aourirt n’Ouassif. Rozpatrujemy kilka wariantów, ale w końcu dochodzimy do wniosku, że zamówimy dużą taksówkę, a chłopaki pojadą z naszymi walizkami. Dzięki temu będziemy mieli możliwość skorzystania z dowolnego rodzaju podwózki, gdy już zejdziemy z gór.
„Szlak” z Imlil na Aourirt n’Ouassif
W poszukiwaniu drogi na przełęcz Tamatert
Po 10.00 żegnamy się z chłopakami i ruszamy na lekko w stronę celu naszej wycieczki. Wiemy mniej więcej, jak iść, ale szybko okazuje się, że na mapach nie oznaczono wszystkich wariantów. Przy szutrowej drodze, którą idziemy z riadu do Imlil, zwracamy uwagę na niepozornie wyglądającą ścieżkę oznaczoną różową farbą. Ponieważ wyraźnie zmierza w kierunku Ait Souka – osady, z której będziemy podchodzić na przełęcz Tamatert, postanawiamy zaryzykować i sprawdzić, dokąd uda nam się dojść.
Na drodze w kierunku przełęczy Tamatert
Zgubne skróty i strome podejście
Początkowo idziemy jak po sznurku, ale gdy pojawiają się pierwsze zabudowania, ścieżka zaczyna między nimi kluczyć. Wkrótce dostrzegamy jednak, że za każdym większym rozwidleniem znajdują się różowe kółka i po pewnym czasie nie mamy już wątpliwości, że trafiliśmy na nieoznakowany na mapach szlak prowadzący z Imlil na Aourirt.
Wchodzimy na asfaltową drogę i wędrujemy nią kilkanaście minut, ale gdy zaczyna zataczać szerokie łuki, rozglądamy się za wariantami skrótowymi. Te są dość dobrze widoczne, a gdy na jednym z nich dostrzegamy idące z naprzeciwka dwie turystki, przestajemy zastanawiać się nad dalszym przebiegiem trasy.
Sielanka nie trwa długo. W klimatycznym lasku iglastym nasza ścieżka zaczyna się rozgałęziać. Na domiar złego doganiamy grupę idącą z przewodnikiem, która skręca w lewo, co nie do końca wydaje nam się sensowne. Postanawiamy iść dalej prosto, ale szybko okazuje się, co było przyczyną wybrania przez przewodnika innej drogi. Z każdym kolejnym metrem nasze podejście jest coraz bardziej strome, co w połączeniu z fatalnej jakości podłożem powoduje, że zaczynamy się męczyć bardziej, niż na jakimkolwiek innym odcinku szlaku podczas naszej wycieczki w góry Atlasu.
Posterunek na Tamatert
Turyści w adidasach na szlaku
Na szczęście po kilkunastu minutach dochodzimy do szerszego duktu, który wije się po stoku łagodnymi zakosami. Wkrótce doprowadza nas on do asfaltowej drogi i punktu widokowego na przełęczy Tamatert. Robimy kilka zdjęć, przechodzimy koło budynku wyglądającego na posterunek policji/wojska i ruszamy w stronę szczytu. Ścieżka nabiera charakteru i pojawia się coraz więcej dość stromych i śliskich miejsc.
Po kilku minutach dostrzegamy schodzącą w naszą stronę rodzinę – po sposobie, w jakim się poruszają, wnioskujemy, że są w naprawdę sporych tarapatach, ale dostrzegamy, że jest z nimi przewodnik, który robi co może, by nie stracili równowagi w trudnym terenie. Gdy do nich dochodzimy, okazuje się, że za kłopoty odpowiadają przede wszystkim buty, które mają na nogach – zarówno rodzice, jak i ich dzieci ślizgają się na szlaku w kiepskiej jakości adidasach.
Kopczyki na grani prowadzącej Aourirt n’Ouassif
Pomocny Berber i zgubiona ścieżka
Zdajemy sobie sprawę, że zejście nie będzie łatwe, ale ponieważ mamy świetnie sprawdzające się w takim terenie kijki, nie zawracamy sobie nim głowy. Sprawnie nabieramy wysokości i wkrótce stajemy na przełęczy, z której możemy iść w prawo do punktu widokowego na Taoudji, lub w lewo, granią na wierzchołek Aourirt. Dochodzimy do wniosku, że nie ma sensu zawracać sobie głowy punktem widokowym, wymieniamy grzeczności z oferującym nam napoje Berberem i ruszamy na czuja w stronę naszego celu.
Gdy wchodzimy na kamienie i zaczynamy zastanawiać się, który wariant przejścia będzie najwłaściwszy, na skale za naszymi plecami pojawia się Berber i wskazuje nam coś ręką. Ruszamy w sugerowanym przez niego kierunku i dostrzegamy niewidoczny wcześniej kopczyk. Staruszek uśmiecha się dobrotliwie i gdy dostrzega nasze zrozumienie, chowa się za skałą, a my zaczynamy wędrować w linii misternie poukładanych stosów kamieni.
Aourirt n’Ouassif w całej okazałości
Niespodziewane trudności i wspinaczka w kominie
Jest zdecydowanie ciekawiej, niż się spodziewałem. O Aourirt trudno znaleźć jakieś informacje (większość tekstów traktuje o wejściu na Taoudję), więc spodziewałem się wejścia podobnego do tego na Tassgimount. Tymczasem mamy przed sobą wymagający szlak wysokogórski, na którym w kilku miejscach trzeba sobie pomóc rękami.
I tu drobna uwaga – jak to często bywa, nie ma tu jednego prawidłowego wariantu przejścia – w kilku miejscach pojawia się alternatywna linia kopczyków i trzeba na bieżąco decydować, którą z dróg wybrać. A nie zawsze jest to proste – ponieważ nie dostrzegamy innej opcji, ładujemy się w dość wymagający komin. Trudności +/- trójkowe niby nie są czymś nadzwyczajnym, ale upadek w tym miejscu miałby fatalne skutki. Dopiero po pokonaniu przewyższenia przekonujemy się, że powinniśmy iść nieco dalej i podchodzić w dużo mniej wymagającym terenie.
Od tego miejsca robi się już zdecydowanie łatwiej, dostrzegamy też wyraźną ścieżkę i to nią dochodzimy po kilkunastu minutach na szczyt. Tu rozsiadamy się wygodnie i postanawiamy zrobić dłuższą przerwę na posiłek i nacieszenie oczu widokami ośnieżonych stoków Atlasu.
Widok ze sczytu Aourirt n’Ouassif
Szczyt, widoki i hipnotyzujący śpiew muezina
Są takie chwile i miejsca, które pozostają z nami na zawsze. Czasami coś zapisuje się w naszej pamięci bezwiednie i przypominamy sobie o tym w najmniej oczekiwanym momencie, a czasami to, czego doświadczamy, uderza w nas jak przysłowiowy grom z jasnego nieba. Uderza i wywołuje natychmiastową reakcję, po której trudno dojść do siebie.
Z wierzchołka Aourirt jest na co popatrzeć – nad malowniczymi górskimi dolinami dumnie wznoszą się potężne ściany szczytów Atlasu Wysokiego, a naprzeciwko nich ciągną się bezkresne pomarańczowo-rdzawe niziny. Siedzimy jak urzeczeni i nagle rozlega się głos, który powoduje, że przebiegają nam po plecach ciarki – z meczetu w Imlil płynie nawoływanie do modlitwy.
Akustyka jest taka, że wydaje nam się, jakbyśmy byli w odległości 100 metrów od źródła dźwięku, a powtarzany w azanie takbir (słowa Allahu Akbar, które podobnie jak większości Europejczyków kojarzą mi się przede wszystkim z szaleńcami i ich Świętą Wojną) jest najlepszym określeniem na to, co przychodzi mi obecnie do głowy.
Równie oszołomiony jak ja Grzesiek rzuca, że w takich okolicznościach nietrudno przejść na islam. Gdy wydaje nam się, że już nic nami bardziej nie wstrząśnie, głos przycicha, a chwilę później odpowiada mu meczet z drugiego miasteczka. I po chwili wśród szczytów ponownie niesie się, mówiący wszystko krzyk – Bóg jest Wielki.
Nietrudno zaniemówić, gdy słyszy się w takim miejscu, że Bóg jest Wielki
Węże i marokańska cola
Kilkadziesiąt minut później opuszczamy wierzchołek, wchodzimy na grań i rozpoczynamy bardziej techniczny etap powrotu. W pewnym momencie kładę rękę na kamieniu, koło wykręconego krzaka, który mocno przypomina węża. I natychmiast zdaję sobie sprawę, że wciskając kończyny między głazy, zapomnieliśmy o tym, że nie brakuje tu stworzeń, które mogą nas ukąsić i zaczynam bacznie obserwować, czy coś nie kręci się w miejscach, przez które musimy przejść.
Po kilkunastu minutach dochodzimy na przełęcz, na której wita nas uśmiechnięty Berber. Grzegorz postanawia zaryzykować i kupić od niego jeden z napojów. Staruszek wręcza nam dwa za dolara, ale ponieważ nie lubię słodzonych napojów gazowanych, cała przyjemność spływa na mojego kolegę. Co prawda po wypiciu kilku łyków stwierdza on, że przyjemność jest wątpliwa i zaczyna się obawiać, że żołądek wystawi mu wysoki rachunek za chwilę słabości, ale pragnienie wygrywa z rozsądkiem i w plecaku ląduje pusta butelka po marokańskiej wersji Coca-Coli.
Droga prowadząca do Imlil
Powrót i negocjacje w Imlil
Zejście na Tamatert okazuje się zdecydowanie mniej nieprzyjemne i dużo bezpieczniejsze niż nam się wydawało. Na stromych szutrowych fragmentach pomagamy sobie kijkami, z podłożem dobrze radzą też sobie nasze trekkingowe buty. Szybko schodzimy na przełęcz i ruszamy w kierunku Imlil, wybierając tym razem najszersze i najbardziej uczęszczane ścieżki.
Droga powrotna jest czystą przyjemnością. Klimatyczny las iglasty daje kojący cień, a średnie nachylenie terenu nie obciąża zbyt mocno mięśni i stawów. Szybko schodzimy do Ait Souka, a stamtąd znaną z porannej wędrówki znakowaną ścieżką do Imlil.
Podczas odpoczynku nad strumieniem Grzegorz przegląda aplikację Uber i znajduje opcję transportu do Marrakeszu za około 40 Euro. Wiemy już, że nie pójdziemy z torbami, ale chcemy się jeszcze przekonać, jaką cenę zaproponują nam miejscowi taksówkarze. Na postoju jeden z nich po krótkiej negocjacji godzi się na taką samą kwotę jak w Uberze. Po raz ostatni rzucamy okiem na szczyty Atlasu, wsiadamy do auta i żegnamy się z malowniczym górskim miasteczkiem.
Jeśli interesuje Cię, jak wejść na inne szczyty w tej okolicy, koniecznie sprawdź moje pozostałe relacje z Maroka. Przeczytaj o tym, jak wyglądało nasze klasyczne [wejście na Toubkal], czyli najwyższy punkt naszej wyprawy, oraz zobacz relację z [wejścia na Tassgimount], na który również wybralismy się bez przewodnika.
Postój taksówek w Imlil
Dziękuję, że dotarłeś do końca tej opowieści. Mam nadzieję, że ten tekst będzie dla Ciebie inspiracją do zaplanowania kolejnej wędrówki i ruszenia na szlak.
Jeśli jednym z Twoich górskich celów na najbliższy czas są również Tatry Słowackie, nie musisz tracić godzin na żmudne planowanie logistyki. W moim e-booku „Wędrówki po Tatrach – Najpiękniejsze szlaki Tatr Słowackich” zebrałem wszystko, co najważniejsze, by bezpiecznie ruszyć w drogę: mapy, profile wysokości, porady praktyczne i prowadzące krok po kroku opisy tras.
Chcesz zobaczyć, jak to wygląda w praktyce? Na stronie poniżej sprawdzisz szczegóły i pobierzesz darmowy fragment przewodnika:
https://2wierchy.pl/przewodnik-tatry-slowackie
A w podziękowaniu za czas spędzony na moim blogu mam dla Ciebie prezent. Jeśli zdecydujesz się na pełną wersję, kod CZYTELNIK obniży cenę e-booka o 10 zł. https://www.naffy.io/2wierchy/przewodnik-tatry-slowackie


































