


Trekking w Maroku. Tassgimount (2674 m) – idealna rozgrzewka przed Toubkalem
Po przyjeździe z Marrakeszu do Imlil postanawiamy wybrać się na mierzący 2674 m Tassgimount. Decydujemy się na ten szczyt, ponieważ szukamy niezbyt długiej i niewymagającej wycieczki, która pozwoli nam się rozruszać przed czekającym nas nazajutrz trekkingiem na Toubkal. Zostawiamy bagaże w recepcji Riadu Atlas i ruszamy w stronę miasteczka.
Gubiąc szlak w Imlil
Szlak, którym będziemy wędrować, nie jest oznaczony (a przynajmniej nam nie udało się tych oznaczeń wypatrzeć), co rodzi kilka problemów nawigacyjnych w samym Imlil. Szybko przekonujemy się, że lepiej nie pytać o drogę mieszkańców, bo ci mimowolnie wprowadzają nas w błąd, i staramy się iść mniej więcej tak, jak należy. Strategia okazuje się dobra – po kilkunastu minutach niepewnego kluczenia wchodzimy na szeroką szutrową drogę prowadzącą w stronę celu naszej wędrówki.
Imlil opuszczamy w towarzystwie dzieciaków, które, widząc, że mamy niezły ubaw z psikusów, które próbują nam zrobić, wymyślają coraz ciekawsze sposoby na zastawienie nam drogi. Gdy naszym oczom ukazuje się przełęcz Tizi Mzik, Grzegorz sugeruje, że wkrótce będziemy musieli zejść z szutru, i szybko wypatrujemy ścieżki odbijającej delikatnie w prawo.
Widok na Imlil
Na terenie żerowiska węży i skorpionów
Dochodzimy do zacienionego gaju, gdzie ponownie gubimy ścieżkę. Tym razem decydujemy się jej nie szukać, ale iść na przełaj na niewielkie wzgórze. Pokonując kolejne metry wzniesienia, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że kusimy los – bajkowej scenerii z uroczymi krzewami, strumykiem i różnej wielkości głazami brakuje jedynie tabliczki: „Jesteś na terenie żerowiska węży, skorpionów i jadowitych pająków, w razie ukąszenia dzwoń pod numer…”. Idący w wysokich butach i długich spodniach Grzegorz nic nie robi sobie z możliwego ataku, ale w moim przypadku sytuacja wygląda zupełnie inaczej – wysoka temperatura spowodowała, że postanowiłem przedłożyć wygodę nad bezpieczeństwo i wędruję w niskich butach i szortach.
Na szczęście unikamy spotkania z jadowitą populacją Maroka i tuż przed końcem wzniesienia ponownie trafiamy na dróżkę. Od tego miejsca jest już ona dobrze widoczna. Wkrótce zauważamy też grupkę osób schodzących z przełęczy. Nie mijamy się z nimi jednak, co sugeruje, że skręcili w stronę Aroumd. Zyskujemy dzięki temu wiedzę, w którym mniej więcej miejscu powinniśmy szukać ścieżki prowadzącej do tej wioski, ponieważ w drodze powrotnej chcemy zatoczyć niewielką pętlę i wracać tamtędy do Imlil.
W końcu wychodzimy z miasteczka
Podejście na przełęcz Tizi Mzik
Droga na przełęcz poprowadzona jest wygodnymi zakosami. Szybko nabieramy wysokości i stajemy na niej po nieco ponad dwóch godzinach od opuszczenia riadu. Witają nas uśmiechnięte twarze dwójki Berberów, którzy oferują nam zakup napojów. Dochodzimy jednak do wniosku, że na dłuższą przerwę pozwolimy sobie na szczycie, odnajdujemy prowadzącą na niego drogę i opuszczamy Tizi Mzik.
Za przełęczą podejście nabiera górsko-dzikiego charakteru. Zwiększa się nastromienie, pojawiają się korzenie i niepowiązane z gruntem kamienie, a w niektórych miejscach widać też jak na dłoni ślady sugerujące ślizganie się lub zjeżdżanie na butach. Zdajemy sobie sprawę, że podczas zejścia będziemy musieli zachować tu szczególną czujność, ale pociesza nas to, że zabraliśmy z sobą kijki, które w takim terenie bardzo ułatwią nam utrzymanie równowagi.
Podejście na przełęcz Tizi Mzik
Spotkanie z „pumą”
W pewnym momencie staję jak wryty. Kilkanaście metrów przed sobą dostrzegam między drzewami czające się zwierzę. Przypominam sobie, że w trudno dostępnych obszarach Atlasu żyją jakieś średnio przyjazne koty i rzucam do Grzegorza: „puma!” (w emocjach mylę pumę z panterą berberyjską). Średnio uspokaja mnie spokojny ton kolegi mówiący: „pies”, bo co u licha miałby robić pies na tej wysokości? Dochodzę do wniosku, że to pantera przebrana za kundla, odczuwam ulgę, gdy pozorantka znika nam z oczu i udając, że trzymam nerwy na wodzy, ruszam naprzód.
Szczyt Tassgimount i owadzia inwazja
Droga nie odpuszcza do samego wierzchołka, jednak roztaczający się z niego widok w pełni wynagradza wszystkie niedogodności. Ponad morzem chmur dumnie prężą się ośnieżone szczyty, z Toubkalem – celem naszej jutrzejszej wędrówki – na czele. Po drugiej stronie naszą uwagę zwraca przede wszystkim górujący nad Imlil potężny masyw Aourirt n’Ouassif. W głowie zaczyna kołatać się myśl, żeby wybrać się również na tę górę, ale póki co nie przywiązuję do niej większej uwagi, ponieważ nie wiem, czy będziemy w wystarczająco dobrej formie po zejściu z czterotysięcznika.
Zasłużony odpoczynek postanawiają uprzykrzyć nam różnej maści owady. Szczególnie atrakcyjna jest dla nich moja pomarańczowa koszulka, co skutkuje tym, że co chwilę otrzepuję się z biedronek i innych żyjątek i trudno wysiedzieć mi bez ruchu przez dłużej niż kilkanaście sekund. Postanawiam spożytkować ten czas na robienie zdjęć Grzegorzowi i sympatycznemu Marokańczykowi, który wszedł na szczyt chwilę przed nami. Wkrótce owady biorą za cel także mojego kolegę, więc niepocieszeni podejmujemy decyzję o rejteradzie do doliny.
Widok z Tassgimount
Zejście i wydłużony powrót
Droga w dół nie jest tak straszna, jak nam się wydawało. Nie brakuje na niej wprawdzie bardzo stromych i nadzwyczaj śliskich miejsc, ale podłoże umożliwia bezproblemowe wbijanie w nie kijków, dzięki czemu możemy korzystać z dodatkowych, niezwykle przydatnych punktów podparcia. Bez większych przygód schodzimy na Tizi Mzik, ale ponieważ zderzamy się tu z grupką turystów, postanawiamy nie siedzieć w „tłumie” i od razu ruszamy dalej.
Pokonując kolejne zakosy, wypatrujemy ścieżki odbijającej w prawo, ale okazuje się, że niepotrzebnie obawialiśmy się, że możemy ją przeoczyć. Wyraźna dróżka łączy się z dobrze widoczną z daleka szutrową drogą, która według mapy ma wyprowadzić nas na asfalt. Docieramy do niego kilkanaście minut później. Zgodnie z planem nie decydujemy się na najkrótszy wariant powrotu do Imlil (skręt w lewo), lecz skręcamy w prawo w stronę malowniczej osady Aroumd.
W stronę Aroumd
Optymistyczne prognozy przed Toubkalem
Z daleka dostrzegamy grupki turystów przechodzących przez miasteczko. Ponieważ są to osoby wracające z trekkingu na Toubkal, podchodząc bliżej, zaczynamy sondować poziom ich zmęczenia. Patrząc na sprężysty krok i szerokie uśmiechy na twarzach, dochodzimy do wniosku, że zejście z najwyższego szczytu Afryki Północnej może nie być tak wymagające, jak zakładaliśmy, i zaczynamy poważnie rozważać spędzenie dodatkowego dnia w górach.
W miasteczku po raz kolejny decydujemy się wydłużyć nieco naszą wycieczkę. Nie skręcamy na drogę prowadzącą w kierunku jednej z tutejszych atrakcji – malowniczych wodospadów na rzece Oued Rheraya (polecam nie iść w nasze ślady i zejść do tych wodospadów właśnie podczas powrotu z Tassgimount), lecz kierujemy się w stronę Tagadirt i widocznej z daleka trzeciej kaskady.
Berberyjskie miasteczko Aroumd
Wodospady i berberyjski labirynt
Wygodny szuter szybko się kończy i pod nogami pojawiają się kamienie. Po przekroczeniu szerokiego strumyka (udaje się to zrobić suchą stopą, ale przy większym stanie wody przejście to może okazać się mocno problematyczne) stajemy pod spływającą po skałach wodą, robimy po kilka zdjęć i kontynuujemy wędrówkę.
Ponieważ droga, po której idziemy, zatacza szeroki łuk, postanawiamy skręcić na widoczną na mapie ścieżkę, co pozwoli nam oszczędzić sporo czasu i kilka kilometrów marszu. Problemem jest jednak to, że prowadzi ona wprost do czyjegoś domostwa. Szybko wypatrujemy alternatywę i rozpoczynamy przyjemne błądzenie po berberyjskiej osadzie. W pewnym momencie dochodzimy do wniosku, że jedynym wyjściem z labiryntu ścieżek i ścieżynek jest trzymanie się właściwego kierunku i kilkanaście minut później wychodzimy na asfalt prowadzący do Imlil. Stamtąd czeka nas już tylko powrót znaną drogą do naszego riadu.
Potok w Aroumd
Dziękuję, że dotarłeś do końca tej opowieści. Mam nadzieję, że ten tekst będzie dla Ciebie inspiracją do zaplanowania kolejnej wędrówki i ruszenia na szlak.
Jeśli jednym z Twoich górskich celów na najbliższy czas są również Tatry Słowackie, nie musisz tracić godzin na żmudne planowanie logistyki. W moim e-booku „Wędrówki po Tatrach – Najpiękniejsze szlaki Tatr Słowackich” zebrałem wszystko, co najważniejsze, by bezpiecznie ruszyć w drogę: mapy, profile wysokości, porady praktyczne i prowadzące krok po kroku opisy tras.
Chcesz zobaczyć, jak to wygląda w praktyce? Na stronie poniżej sprawdzisz szczegóły i pobierzesz darmowy fragment przewodnika:
https://2wierchy.pl/przewodnik-tatry-slowackie
A w podziękowaniu za czas spędzony na moim blogu mam dla Ciebie prezent. Jeśli zdecydujesz się na pełną wersję, kod CZYTELNIK obniży cenę e-booka o 10 zł. https://www.naffy.io/2wierchy/przewodnik-tatry-slowackie
































