Z Bystrej na Skrzyczne, Kotarz i Klimczok – 42 km pętla przez Beskid Śląski

 

Informacje praktyczne

Przebieg: Bystra – Skrzyczne – Malinowska Skała – Przełęcz Salmopolska – Kotarz – Przełęcz Karkoszonka – Stok Szyndzielnia Rezerwat – Klimczok – Przełęcz Kołowrót – Bystra

Dystans: 42,3 km

Szacowany  czas  przejścia: 14:10 h

Suma podejść: 2141 m

Suma zejść: 2141 m

Szczyty na szlaku: Skrzyczne (1257 m), Małe Skrzyczne (1211 m), Malinowska Skała (1152 m), Malinów (1115 m), Kotarz (973 m), Klimczok (117 m)

Parking: brak

Schroniska na szlaku: Schronisko na Skrzycznem, Chata Wuja Toma, Schronisko Klimczok

Trudności techniczne: brak

Do Bystrej przyjeżdżam przed 8.00. Planowałem być wcześniej, ale ostatecznie doszedłem do wniosku, że dodatkowa godzina snu dobrze mi zrobi. Zostawiam samochód na dużym placu naprzeciwko Zajazdu Pod Źródłem i ruszam dobrze znanym wariantem łączącym szlaki czarny, czerwony i żółty w kierunku Klimczoka. Staram się iść oszczędnie, ale podejście jest strome i nie ma tu mowy o spacerze. Szybko nabieram wysokości i po kilkunastu minutach docieram do rozwidlenia szlaków, na którym skręcam w lewo i kieruję się w stronę Szczyrku.

Widok na Rogacz

Widok z okolic Chaty na Gruniu

Odcinek leśny i asfaltowe uroki Szczyrku

Czeka mnie teraz przyjemny spacer w klimatycznym lesie. Krótkie zejścia przeplatają się tu z niewymagającymi odcinkami prowadzącymi delikatnie w górę, a całość kończy się na szerokiej drodze prowadzącej do Chaty na Gruniu. Mijam ją z prawej strony i tuż za nią wchodzę na stromy stok, którym poprowadzony jest szlak żółty (przy Chacie można iść w lewo szlakiem czarnym, ale wariant jest dłuższy i wbrew pozorom wcale nie mniej wymagający).

Po pokonaniu przewyższenia kontynuuję wędrówkę w kierunku skrzyżowania szlaków nad Bieniatką. Tu idę prosto (cały czas szlak czarny) i wkrótce docieram do szerokiej szutrowej drogi prowadzącej do pierwszych zabudowań w Szczyrku. Mam teraz przed sobą najgorszy etap wędrówki. Kolejne dwa kilometry to w przeważającej większości marsz ruchliwą asfaltową drogą. Przy Kościele Matki Bożej po raz kolejny zastanawiam się, jak turystyczne miasto pokroju Szczyrku mogło nie zadbać o poprowadzenie jednego z głównych szlaków turystycznych adekwatnym do tego terenem, ale po raz kolejny zaciskam zęby i staram się jak najszybciej zejść do głównej ulicy w mieście.

Kościół w Szczyrku

Kościół w Szczyrku

Złośliwość przedmiotów martwych

Tu podskakuje mi ciśnienie, gdy podczas robienia zdjęcia zawiesza się aparat. Ponieważ zapomniałem zabrać telefonu, którym zwykle fotografuję, posiłkuję się dziś w tym celu wysłużonym Samsungiem. A ten postanawia zemścić się za nadmierną eksploatację. Wpadam na jakże oczywisty pomysł, żeby uruchomić go ponownie, ale gdy stoję w oczekiwaniu, aż czarny ekran zaskoczy, zdaję sobie sprawę, że brak możliwości robienia zdjęć będzie moim najmniejszym problemem, jeśli urządzenie zawiesiło się na dobre. Powoli godzę się z koniecznością szybszego powrotu do Bystrej (telefon długo się nie uruchamia, a nie wyobrażam sobie dalszej wędrówki bez środka łączności), ale na szczęście sabotażysta odżywa i mogę odetchnąć z ulgą.

W centrum Szczyrku

W centrum Szczyrku

Podejście na Skrzyczne

Po przejściu przez miasto kieruję się na zielony szlak, który prowadzi na Skrzyczne przez Becyrek (nie wybieram szlaku niebieskiego, ponieważ podchodziłem nim już kilka razy i wiem, że w wakacyjną sobotę będzie na nim tłum ludzi i w wielu miejscach będę musiał mocno zwalniać lub robić nerwowe mijanki). O dziwo na wybranym przeze mnie wariancie też nie jest pusto, ale tu charakter szlaku nie wpływa na tempo marszu.

Docieram do miejsca, w którym szlak ze Szczyrku łączy się ze szlakiem czerwonym, którym kilka tygodni wcześniej podchodziłem na Skrzyczne z Buczkowic i kontynuuję wędrówkę w stronę szczytu. Chociaż w perspektywie wielogodzinnej wędrówki staram się zachować siły, nie muszę tu specjalnie zwalniać i dość szybko nabieram wysokości.

Przy schronisku na Skrzycznem melduję się po nieco ponad 3 godzinach od wyjścia z parkingu. Ponieważ oszczędziłem w ten sposób ponad 2,5 godziny szacowanego czasu szlakowego, mogę pozwolić sobie na długą przerwę. Chcę uzupełnić kalorie i napić się kawy, ale kolejka w schronisku weryfikuje moje plany. Pozbawiony zastrzyku kofeiny rozkładam się na leżaku na łączce i osładzam porażkę niesionymi w plecaku łakociami. Pałaszuję pyszne wafelki, przełykam niesmaczne żelki Haribo (nie sądziłem, że kiedykolwiek napiszę coś takiego o produkcie tej kultowej marki, ale ich kwaśne żelki nie trzymają poziomu), zapijam wszystko wodą, a po długiej przerwie niezdarnie zwlekam się z leżaka i ruszam w stronę Malinowskiej Skały.

Pod wierzchołkiem Skrzycznego

Pod Skrzycznem

W stronę Malinowskiej Skały i Salmopolu

Lubię ten odcinek szlaku. Pomimo tego, że na zejściu ze Skrzycznego kręci się sporo turystów i co pewien czas przejeżdżają miłośnicy enduro, uważam, że to jedno z najładniejszych widokowo miejsc w Beskidzie Śląskim. Do tego ścieżka jest tutaj dość wygodna i szeroka, dzięki czemu znaczną część trasy pokonuje się w bardzo przyjemnych warunkach. Dziś co prawda w kilku miejscach drogę zastawiają kałuże, ale nie jest to coś, co mnie dziwi – dzieje się tu tak zawsze po obfitych opadach deszczu, a przez kilka ostatnich dni w Beskidach mocno padało.

Im bliżej Malinowskiej Skały, tym pod nogami pojawia się więcej niezwiązanych z gruntem kamieni i trzeba wiedzieć, jak iść, by nie stracić na nich równowagi. Ta sztuka nie udaje się dziewczynce, którą mijam – pozostawiona przez rodziców, którzy idą jak gdyby nigdy nic kilkadziesiąt metrów dalej, wpada w poślizg i ląduje na ziemi. Na szczęście nie staje się jej nic groźnego, ale patrząc na zachowanie i minę jej matki, nie mogę oprzeć się spostrzeżeniu, że nie każdy powinien mieć dzieci.

Malinowska Skała

Malinowska Skała

Zejście na Przełęcz Salmopolską

Malinowska Skała jest jak zwykle obsadzona rojem turystów. Postanawiam nie zatrzymywać się w tym tłumie – robię tylko kilka zdjęć i rozpoczynam zejście na Przełęcz Salmopolską. Mam teraz przed sobą fragment, który w domu oceniłem jako najbardziej wymagający na całej trasie. Szuter i zalegające na ścieżce kamory to połączenie, które wymaga zachowania szczególnej ostrożności, zwłaszcza gdy w nogach ma się już spory dystans. Staram się iść czujnie, ale nie mogę też sobie pozwolić na mitrężenie czasu. W efekcie skupiam się na wyborze optymalnych wariantów, a wszędzie, gdzie się da, korzystam z przebiegających tuż przy szlaku, dobrze wydeptanych leśnych ścieżynek.

Po wejściu na Malinów ponownie wytracam wysokość i wkrótce słyszę odgłosy samochodów poruszających się po drodze przebiegającej przez Salmopol. Kilkanaście minut później docieram na przełęcz i nerwowo zerkam na tłumy przy każdej ze znajdujących się tu restauracji. Dochodzę do wniosku, że kawy napiję się w Chacie Wuja Toma i ruszam w dalszą drogę.

Przełęcz Salmopolska

Na Przełęczy Salmopolskiej

Weryfikacja planów – odcinek na Karkoszonkę

Odcinek pomiędzy Przełęczą Salmopolską a Przełęczą Karkoszonka ma być dla mnie fragmentem, na którym odpocznę i zbiorę siły przed wejściem na Klimczok. Ponieważ szedłem tędy kilka lat temu, w teorii nie jest on dla mnie zagadką, ale szybko okazuje się, że pamięć po raz kolejny spłatała mi figla. Zanotowałem, że na szlaku nic specjalnego się nie dzieje, ścieżka jest wygodna, podejścia i zejścia łagodne, a Kotarz niemal w zasięgu rzutu kamieniem. Tymczasem nic nie trzyma się kupy – szlak nie odpuszcza ani na moment, a droga do szczytu zdaje się nie mieć końca.

Jakby na pocieszenie okazuje się, że tabliczki informujące o działającym tu barze nie są reliktem przeszłości – na polance przy wierzchołku dostrzegam budynek, a przy nim niewielką jak na ten dzień grupę turystów. Staję w kolejce i szybko poprawia mi się humor – będę w końcu mógł napić się kawy. Rozkładam się na polance z kubkiem gorącego napoju i postanawiam zrobić długą, zasłużoną przerwę.

Po raz kolejny jem batona i żelki i celebruję moment, w którym w moim przewodzie pokarmowym pojawia się kofeina. Zastrzyk energii jest potężny, ale nie zamierzam z tego natychmiast korzystać. Dochodzę do wniosku, że skoro odcinek do Kotarza był wymagający, to pewnie w pamięci pozostał mi fragment pomiędzy nim a Karkoszonką. A ponieważ pamiętałem, że było płasko, cieszę się błogostanem na trawie i niespecjalnie rwę do dalszej drogi.

Migdalskie

Migdalskie

Bolesny powrót do rzeczywistości

Gdy w końcu opuszczam polankę, zderzam się z szarą rzeczywistością – szutrowa, paskudna ścieżka szybko uzmysławia mi, że jednak guzik pamiętam i każe zweryfikować podejście do pozostałej części wycieczki. Strome, wymagające ostrożnego stawania zejście mocno obciąża mięśnie i w pewnym momencie zaczynam czuć, że dostają one za bardzo w kość. Zwalniam – to oczywiście daje odpocząć ciału, ale jednocześnie rodzi pytanie o to, jak bardzo wydłuży się przez to wędrówka.

Za Beskidkiem szlak opuszcza szeroką szutrową drogę. Waham się przez chwilę, czy iść tak, jak prowadzi, czy kontynuować wędrówkę szutrem, ponieważ wiem, że ten odcinek to totalna podpucha. Tabliczka informuje, że na Karkoszonkę jest stąd 30 minut, ale zapamiętałem, że pomimo wędrówki bardzo dobrym tempem nie udało mi się tego czasu znacząco skrócić. Ostatecznie decyduję się trzymać szlaku i po kilkunastu minutach przekonuję się, że akurat ten odcinek zapamiętałem bardzo dobrze – ścieżka lawiruje po zboczu i wydaje się nie mieć końca. Na szczęście w najmniej spodziewanym momencie staję ponownie na szutrze i kilka minut później docieram w pobliże Chaty Wuja Toma.

Chata Wuja Toma

Chata Wuja Toma

Finałowe podejście na Klimczok

Nie skręcam do schroniska, ponieważ ostatnią przerwę zaplanowałem w schronisku na Klimczoku. Skręcam w lewo i ruszam niebieskim szlakiem do rozejścia Stok Szyndzielni. W odróżnieniu od biegnącego nieopodal i wyprowadzającego na siodło pod Klimczokiem szlaku czerwonego, ten, po którym idę, jest początkowo łagodny, a charakteru nabiera wraz z wysokością. Ma to swoje dobre strony (wolę, gdy nachylenie rośnie wraz z odległością), ale jednocześnie nie pozwala od początku forsować sił, ponieważ trzeba je zachować na dalszą część podejścia.

Po dotarciu do szlaku prowadzącego z Błatniej na Klimczok mój organizm zaczyna domagać się kalorii. Wiem, że dziś nie mogę pozwolić sobie na wędrówkę na głodzie, dlatego szybko znajduję wygodne miejsce i spożywam nieplanowany posiłek. Po kilkunastu minutach ruszam dalej i rozpoczynam długie, monotonne podejście na Trzy Kopce. Gdy upewniam się, że nogi niosą jak należy, nieznacznie przyspieszam, ale cały czas szanuję siły, ponieważ nie wiem, jak mój organizm zareaguje na kolejne kilometry (mam doświadczenie w pokonywaniu tras 30-kilku kilometrowych, ale obawiam się, że dodatkowy dystans może diametralnie zmienić moje odczucia).

Mijam Kopce, schodzę ostrożnie po znajdujących się za nimi piargach i rozpoczynam ostatnie tego dnia podejście – na wierzchołek Klimczoka. To idzie mi dość sprawnie i gdy staję w pobliżu charakterystycznego masztu telekomunikacyjnego, dochodzę do wniosku, że nie potrzebuję odpoczynku i zatrzymam się na dłużej w schronisku.

Na Klimczoku

Na Klimczoku

Kontuzja widmo podczas zejścia

Podczas zejścia przeszywa mnie ból w kolanie – nie wiem, czy daje o sobie znać zmęczenie mięśni, czy krzywo stanąłem, ale ból jest na tyle silny, że zaczynam zastanawiać się, czy dam radę zejść o własnych siłach do Bystrej. Zwalniam i próbuję go rozchodzić, ale przez 2-3 minuty każdy kolejny krok przychodzi mi z równym trudem. Wiem, że gdy zmniejszy się kąt nachylenia, będzie lepiej, ale nie wiem, czy nie nabawiłem się jakiejś poważnej kontuzji.

Gdy udaje mi się zejść ze szczytu i ścieżka zaczyna prowadzić nieco pod górę, kolano przestaje zupełnie dokuczać. Średnio mnie to pociesza – ze schroniska czeka mnie wyłącznie droga w dół, a na szlaku, który wybrałem na początku, jest po prostu bardzo stromo. Postanawiam dłużej posiedzieć w schronisku, a po opuszczeniu go zobaczyć, co się będzie działo, i dostosować tempo marszu do stanu kolana (zakładam, że jakoś zejdę, ale nie mam pewności, czy nie zastanie mnie na szlaku noc).

W schronisku zderzam się z długą kolejką. Przez chwilę myślę, czy nie odpuścić i nie próbować od razu powoli schodzić, ale dochodzę do wniosku, że najlepiej zrobi mi teraz lemoniada i kawa. Po kilkunastu minutach rozsiadam się przy wolnym stoliku i powolutku sączę zamówione napoje. Nie patrzę na zegarek – wiem, że sytuacja jest zero-jedynkowa: jeśli ból wynikał z tego, że krzywo stanąłem, po przerwie nie powinno mi nic dokuczać i szybko zamelduję się na parkingu; jeśli coś uszkodziłem, czeka mnie mozolna walka o pokonanie każdego z pozostałych kilometrów.

W oddali schronisko na Klimczoku

W tle Schronisko PTTK Klimczok

Szczęśliwy powrót do Bystrej

Gdy wreszcie opuszczam schronisko, szybko przekonuję się, że nie miałem się czym martwić – nie czuję żadnego bólu i jedynym, co zaprząta moją głowę, jest pytanie, czy tak samo będzie na początkowym stromym odcinku zielonego szlaku prowadzącym z Siodła pod Klimczokiem do wygodnej szutrowej drogi biegnącej do Przełęczy Kołowrót.

Na szczęście wszystko jest w jak najlepszym porządku, co ostatecznie przekonuje mnie, że niepotrzebnie się martwiłem, a przeszywający ból był następstwem postawienia stopy pod jakimś nienaturalnym kątem. Pokonuję niewygodne zejście i w dobrym humorze kontynuuję wędrówkę wygodną drogą.

Z Przełęczy Kołowrót czeka mnie jeszcze dość strome zejście zielonym szlakiem. Początkowo jest bardzo niewygodnie (luźne kamienie) i stromo, później tylko stromo, na końcu ścieżka się nieco wypłaszcza i mogę jak zwykle cieszyć się fantastycznym klimatem tutejszego lasu. Mijam szlaban i wchodzę do Bystrej. Zostało mi już tylko kilkanaście minut marszu asfaltowym chodnikiem. Idzie mi się nadzwyczaj dobrze. Czuję, że mam za sobą dłuższą wycieczkę, ale spodziewałem się, iż jej ostatnie metry będę odczuwał zupełnie inaczej – że będzie bolało mnie wszystko, a tymczasem nie czuję nawet lekkiego bólu stóp (oczywiście gdzieś w głowie kołacze myśl, że poboli w kolejnych dniach, ale na szczęście i to okazuje się lękiem bez pokrycia).

Przełęcz Kołowrót

Przełęcz Kołowrót

Podsumowanie i apetyt na więcej

Na parkingu melduję się po 10 godzinach i 15 minutach od momentu, w którym go opuściłem. Moim cichym marzeniem było zmieszczenie się w 12, ale zakładałem, że może to być bardzo trudne do uzyskania. Otwieram paczkę z daktylami i nie mogę odpędzić od siebie myśli, że jestem w stanie przejść w jeden dzień jeszcze kilka dodatkowych kilometrów. Uśmiecham się pod nosem – mam na liście co najmniej 2 naturalne cele: przedłużenie dzisiejszej pętli i Diament Pienin. W obu przypadkach to ponad 50 km i przeszło 2000 m przewyższeń. Cytując Leo Bonharta – Graj muzyko…

Galeria

Scroll to Top