Wielki Chocz – opis jesiennej wycieczki na najwyższy szczyt Gór Choczańskich. Podejście we wsi Valaska Dubova.




Wielki Chocz
Przebieg: Valaska Dubova – Wielki Chocz – Valaska Dubova
Dystans: 9.2 km
Szacowany czas przejścia: 3:54 h
Suma podejść: 940 m
Suma zejść:c940 m
Szczyty na szlaku: Wielki Chocz (1611 m)
Parking: 4 euro; płatne w aplikacji Parkdots
Schroniska na szlaku: brak, na Pośredniej Polanie chata o szumnej nazwie Hotel Chocz
Trudności techniczne: brak
Wycieczkę rozpoczynamy na parkingu we wsi Valaska Dubova. Na najwyższy szczyt Gór Choczańskich, chcieliśmy początkowo iść nieco dłuższą trasą z Jesenovej, ale nie udało nam się znaleźć miejsca postojowego w wiosce. Po powrocie na drogę 59 doszliśmy do wniosku, że skoro możemy zawrócić dopiero w pobliżu kolejnej miejscowości, nie ma sensu jeździć w kółko i tracić czas na poszukiwania w Jesenovej i spróbujemy zostawić samochód w Valasce.
Tu ze znalezieniem miejsc postojowych nie ma najmniejszych problemów. Pierwszy oznaczony parking znajduje się kilkaset metrów od zjazdu z głównej drogi po lewej stronie, na kolejny prowadzi kierunkowskaz tuż przed ryneczkiem. Decydujemy się na drugą opcję i zjeżdżamy 200 metrów stromą drogą na duży, zadbany plac. Całodzienny postój kosztuje 4 euro, opłaty można dokonać poprzez aplikację Parkdots, lub za pomocą SMS.
Z parkingu kierujemy się w stronę rynku, skąd prowadzi bardzo dobrze oznakowany niebieski szlak. Choć to najkrótsze podejście na Wielki Chocz, na odcinku 4,5 km jest do pokonania prawie 950 metrów przewyższenia, więc nie ma co się dziwić, że tabliczka informuje o ponad 2,5 godzinnej wędrówce. Nie spodziewam się, że mocno skrócimy ten czas – dziś do mnie, Anki i Lary na szlaku dołączyła Sabinka, która w góry jeździ rzadko, i Bartosz, który po nocnych balangach wygląda, jakby zdjęli go z krzyża.
Jak często w takich sytuacjach bywa, każdy chce się wykazać świetną kondycją. Kilkaset metrów pokonujemy w dobrym tempie, ale szybko okazuje się, że co za dużo to nie zdrowo. Na stromym podejściu w lesie, peleton rozrywa się i odtąd wędrujemy w ściśle ustalonym szyku: na przedzie Lara, która nauczona do zasuwania do góry niespecjalnie martwi się tempem innych, za nią ja, dla którego możliwość gonienia amstaffa jest jak zawsze okazją do dobrej zabawy, następnie Anka, której kondycja jak na panią trąconą rydwanem czasu jest naprawdę godna pozazdroszczenia (tak wiem, że nie wypada pisać o wieku kobiet, ale korzystam z okazji do odegrania się za docinki na szlaku) i kolejno Sabinka oraz Bartosz, który po kilkunastu minutach zaczyna oddychać rękawami.
Szlak prowadzi czymś w rodzaju żlebu. Znajdujące się w nim kamienie są mokre (przez kilka dni padało) i dość śliskie. Nie przeszkadza nam to zbytnio w drodze do góry, ale mamy świadomość, że powrót nie będzie należał do przyjemnych i najbezpieczniejszych. Ponieważ przyjechaliśmy bardzo późno, na szlaku spotykamy jedynie ludzi wracających ze szczytu. Irytuje to psiaka, przywoływanego przy każdej mijającej nas grupie i dostarcza mi wiedzy na temat popularności Wielkiego Chocza, bo chociaż prognozy pogody dla tego miejsca były dobre, rano (szczególnie na Śląsku) nic nie wskazywało na to, żeby mogły się sprawdzić, co na pewno mocno ograniczyło ilość zmierzających na niego turystów.
Im wyżej jesteśmy, tym jest bardziej ślisko. Gdy zaczyna pojawiać się śnieg, obawiam się oblodzeń, ale na szczęście temperatura jest dość wysoka i nie musimy zastanawiać się, czy zakładać raczki. Po niespełna 90 minutach docieramy do Pośredniej Polany i robimy krótką przerwę na uzupełnienie płynów i kalorii. Na szczyt decydujemy się iść wariantem letnim, jednak nie jest to przyjemny spacer – duże nachylenie ścieżki w połączeniu z głębokim błotem powodują, że coraz bardziej się ślizgamy i niepokoimy o drogę powrotną.
Po kilku minutach uciążliwego podejścia Bartosz oznajmia, że odpuszcza i będzie czekał na nasz powrót na polanie. Przez chwilę namawiamy go, żeby szedł dalej, ale jego fizjonomia wyraźnie wskazuje na to, że zaczyna przechodzić z fazy cierpienia do wyziewania ducha. Proponuję mu, by zaczekał w Hotelu Chocz, mając świadomość, jak bardzo zaskoczy go standard obiektu.
Z czasem błoto ustępuje, a na ścieżce pojawiają się korzenie i coraz większe kamienie. Na szczęście odsłaniają się też piękne widoki. Przez chwilę obserwujemy Wielką Fatrę i Niżne Tatry, ale szybko dochodzimy do wniosku, że to jedynie namiastka tego, co czeka nas na szczycie i ruszamy w dalszą drogę. Sprawnie nabieramy wysokości i szybciej niż zakładałem, osiągamy wierzchołek. Tu wita nas spora ilość śniegu i doskonała panorama.
Spodziewałem się, że zachwyci mnie, to co ujrzę, ale jest znacznie lepiej, niż zakładałem. Z Chocza, świetnie widać Beskidy, obie Fatry oraz Tatry Niżne, Zachodnie, Wysokie i Bielskie. Swój wzrok kieruję głównie w kierunku tych ostatnich, bo choć nad wierzchołkami wiszą chmury, udaje mi się rozpoznać kilka znajomych kształtów. Dziewczyny urządzają sobie przydługą sesję fotograficzną, a ja szarpię z psem szaleńcem, który upodobał sobie spacery nad przepaścią. Patent ze smyczą zarzuconą przez ramię, niby sprawuje się świetnie, ale mam w pamięci wycieczkę sprzed dwóch tygodni, gdy na skutek niefortunnego zbiegu okoliczności (zagapienie się, szarpnięcie i kamień pod nogą) straciłem równowagę i naciągnąłem coś w kręgosłupie tak, że przez kilka dni miałem problem z normalnym funkcjonowaniem.
Ponieważ temperatura jest dość niska, postanawiamy nie przeciągać pobytu na szczycie. W drogę powrotną udajemy się tym samym szlakiem, ponieważ dowiadujemy się, że na wariancie zimowym jest sporo lodu. Staramy się schodzić czujnie, ale nie tracimy zbyt wiele czasu i dość szybko docieramy na polanę. Tu dostrzegamy Bartosza, który usłyszał nasze głośne rozmowy i postanowił wyjść nam naprzeciw. Wspólnie idziemy do „hotelu” gdzie zamierzamy zrobić nieco dłuższą przerwę.
Hotel to nic innego jak mała góralska chata. Niestety na jego przykładzie doskonale widać, w jaką stronę zmierza turystyka i kogo można obecnie spotkać na szlaku. Wnętrze udostępnionego bezpłatnie budynku jest w opłakanym stanie i jedynie stojący na zewnątrz stolik oraz kilka pieńków służących za taborety umożliwiają odpoczynek w przyzwoitych warunkach. Dojadamy resztę prowiantu i kilkanaście minut później ruszamy w drogę powrotną.
Zejście nie jest tak wymagające, jak nam się wydawało. Idziemy dość sprawnie i poza Anką, która nie może się przewracać ze względu na implanty w kręgosłupie, a która co oczywiste robi to kilkukrotnie, nikt nie zalicza nieprzyjemnego upadku. Lara co pewien czas strzela fochy, że musi zbyt długo na nas czekać, ale ponieważ pozwalamy jej szlajać się w pewnej odległości, wyrzuty są raczej na pokaz i służą jako wytłumaczenie znikania nam z oczu. Do Valaski wracamy późnym popołudniem. Czeka nas jeszcze długi powrót na Śląsk, ale nikt nie narzeka. Tym bardziej że udaje nam się uruchomić transmisję z Rampage i obserwować na żywo zmagania rowerowych samobójców.
















